Gorące tematy: Wolni i Solidarni Smoleńsk Zostań BLOGEREM! RSS Kontakt
Uwaga! Wygląda na to, że Twoja przeglądarka nie obsługuje JavaScript. JavaScript jest wymagany do poprawnego działania serwisu!
80 postów 112 komentarzy

ekonomia społeczna

leszeksmyrski - Kwestie społeczne są znacznie ważniejsze od politycznych. Nie znam nazwisk polityków, a jeśli nawet znam to nie zawsze kojarzę co mówili. To zaś co mnie interesuje, to system idei i wizji świata.

Motyl

ZACHOWAJ ARTYKUŁ POLEĆ ZNAJOMYM

Witam Państwa. Od czterech lat piszę o teorii systemów, ze szczególnym uwzględnieniem systemu złodziejskiego. Istnieje prawdopodobieństwo że spora część z Państwa uważa mnie za nudziarza, bardzo monotematycznego.

Muszę przyznać że pisanie o złodziejstwie i sprawach złodziejstwu pokrewnych jest uciążliwe, dlatego postanowiłem że dziś przedstawię zupełnie inną stronę mojej aktywności, absolutnie wolną od medium pieniądza i władzy. Piosenka traktuje o komunikacji przez medium miłości, ale w warstwie tekstowej nie nawiązuje ani do Luhmanna ani Kosseckiego. Napisana z inspiracji fundacją „Dr Clown” dla dzieci z hospicjów. Melancholijny smutek tylko przypadkowo zbiega się z wynikiem wczorajszego meczu.

Wczoraj udało mi się premierowe wykonanie:
 
Jestem złotym motylem
W promieniach słońca latam
Cieszę się taką chwilą
Co trwa do końca świata
Jestem płynącą chmurą
Z wiatrem na niebie tańczę
Jestem zielonym drzewkiem
Co rodzi pomarańcze
Gdy idzie noc, ja
Zamykam oczy
Gdy ranek wstaje światło
Znów mnie uroczy
Kiedy się śmieję to
świat się raduje
Gdy smutno mi i boli
Ciemność się snuje
Lecz Ty przychodzisz i
Trzymasz me ręce
I patrzysz w moje oczy
Nie chcę nic więcej.
 

KOMENTARZE

  • posłuchałem
    Masz odwagę.....
  • tak
    Fajne - good job


    pozdr.
  • @leszek smyrski
    Niewatpliwie skoro afera goni afere to pisanie o tym na okraglo w koncu staje sie nieciekawe i nudne. Przestajemy na to reagowac bo mozna by zec jest tak od zawsze. Defniuje to ladnie Kawka w ,,Procesie,, KLAMSTWO STALO SiE ISTOTA POZADKU TEGO SWIATA. Problem jest wiec znacznie glebszy mianowicie spora wiekszosc zachowan ludzkich dzis moze byc zakwalifikowana jako patologia pomimo ze jest zgodna z prawem i ogulnie przyjetym systemem wartosci,dlatego upadek swiata realizuje sie nie tylko przez to co niezgodne z prawem ale glownie w ramach ogulnie akceptowalnych postaw i dlatego to staczanie sie jest trudne do opanowania i niemozliwe do zatrzymania.To co jest przedmiotem pana szczegulnej uwagi mianowicie analiza systemowa daje odpowiedz co jest patologia ale jest jeden warunek na swiat musimy patrzec z plaszczyzny prawdy . Dla kazdego jest ona niestety ruzna. Dlatego nie oczekujmy ze swiat znajdzie w przyszlosci jakis konsensus w gaszczu ludzkich ,,przemyslen,, wklejam ponizej poraz kolejny ODBUDOWANIE PIEKLA ,,TOLSTOJA by wskazac o jakie spojzenie mi chodzi. A wiersz jest ok


    Lew Tołstoj

    Odbudowanie piekła
    ROZDZIAŁ I
    Działo się to w czasach, gdy Chrystus głosił ludziom swą naukę. Nauka ta była tak zrozum
    iała i
    stosowanie jej w życiu tak łatwe, tak widocznie uwalniała ludzi od zła, że nie sposób było się jej
    oprzeć. Nic nie mogło położyć tamy jej rozpowszechnianiu.
    Belzebub

    ojciec i władca wszystkich diabłów

    przestraszył się. Wiedział dobrze, że jego
    władza nad
    ludźmi skończy się na zawsze, jeśli Chrystus nie wyrzeknie się głoszenia swej nauki.
    Był w strachu, lecz nie tracił nadziei i podburzał posłusznych mu faryzeuszy i uczonych w piśmie, aby
    możliwie najdotkliwiej obrażali i dręczyli Chrystusa, uczn
    iom zaś jego radził uciec i zostawić go
    samego. Ufał, że skazanie na śmierć haniebną, naigrywanie się, opuszczenie przez wszystkich
    uczniów, wreszcie same męki i kara śmierci sprawią, że Chrystus w ostatniej chwili wyrzeknie się swej
    nauki, a wyrzeczenie z
    burzy całą jej potęgę.
    Sprawa rozstrzygała się na krzyżu. Gdy Chrystus zawołał: „Boże mój, Boże mój, czemuś mnie
    opuścił!”, Belzebub wydał okrzyk triumfu; schwycił przygotowane kajdany i włożywszy je sobie na
    nogi, dopasował je tak, żeby nie mogły być zer
    wane, gdy zostaną założone Jezusowi.
    Wtem z krzyża dały się słyszeć słowa: „Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią”. Zaraz potem
    Chrystus zawołał: „Spełniło się” i wyzionął ducha.
    Belzebub zrozumiał, że wszystko stracone. Chciał zdjąć kajdany i ucie
    kać, lecz nie mógł ruszyć się z
    miejsca. Kajdany przywarły do jego nóg. Chciał wznieść się na skrzydłach, lecz nie mógł ich
    rozpostrzeć. I widział Belzebub jak Chrystus w wielkiej światłości zatrzymał się w bramie piekieł,
    widział jak wyszli z piekła grzes
    znicy od Adama do Judasza, widział jak rozbiegły się wszystkie diabły,
    a nawet jak same ściany piekieł rozpadły się bez hałasu na cztery strony świata. Nie mógł znieść tego
    widoku, więc zaryczał przeraźliwie i wpadł w bezdenną przepaść przez pękniętą posad
    zkę piekieł.
    ROZDZIAŁ II
    Upłynęło sto, dwieście, trzysta lat. Czasu Belzebub nie liczył. Naokoło była zupełna ciemność i cisza.
    Leżał bez ruchu i starał się nie myśleć o tym, co zaszło, a jednak myślał i pałał bezsilną nienawiścią do
    sprawcy sw
    ej zguby.
    Nie pamiętał już i nie wiedział ile setek lat upłynęło od tamtego czasu, gdy raptem usłyszał nad sobą
    szmery podobne do tupotu nóg, stękania, krzyki i zgrzytanie zębów.
    Belzebub podniósł głowę i zaczął nasłuchiwać. W to, że po zwycięstwie Chryst
    usa piekło mogłoby być
    odbudowane, nie mógł uwierzyć, tymczasem zaś tupot, jęki, krzyki i zgrzytanie zębów stawały się
    coraz wyraźniejsze.
    Belzebub podniósł tułów, podciągnął pod siebie kosmate nogi z odrośniętymi kopytami (kajdany ku
    jego zdziwieniu same z nich opadły) i zatrzepotawszy, swobodnie rozpostartymi skrzydłami, wydał
    zwykły sygnałowy świst, którym dawniej wzywał swe sługi i pomocn
    ików.
    Nie zdążył jeszcze nabrać tchu, gdy nad jego głową zrobił się otwór, błysnął czerwony ogień i tłum
    diabłów w wielkim ścisku wysypał się z otworu w przepaść, i na podobieństwo kruków obsiadających
    padlinę, rozsiadł się naokoło Belzebuba.

    Diabły były
    wielkie i małe, grube i chude, z długimi i krótkimi ogonami, z prostymi i krzywymi rogami.
    Jeden z diabłów, odziany w pelerynkę narzuconą na ramiona, cały nagi, czarny i błyszczący, z twarzą
    ogoloną i ogromnym, obwisłym brzuchem, siedział w kucki przed sam
    ym obliczem Belzebuba i
    przewracając swymi ognistymi ślepiami, uśmiechał się bezustannie, machając z boku na bok swym
    długim, cienkim ogonem.
    ROZDZIAŁ III
    Co znaczy ten hałas?

    zapytał Belzebub wskazując do góry

    Cóż tam się dzieje?
    -
    To, co zawsze

    odpowiedział błyszczący diabeł w pelerynce.
    -
    A czy są jeszcze grzesznicy?

    spytał Belzebub.
    -
    O tak, wielu

    odparł błyszczący.
    -
    Jak tam z nauką tego, którego imienia nie chcę wymieniać?

    zapytał Belzebub.
    Diabeł w pelerynce wyszczerzył zęby tak,
    że pokazały się wszystkie jego ostre kły, a przez całą zgraję
    przeszedł tłumiony śmiech.
    -
    Nauka ta już nam nie przeszkadza. Oni przestali w nią wierzyć

    powiedział diabeł w pelerynce.
    -
    Jak to? Przecież nauka ta, poświadczona jego własną śmiercią, w sp
    osób oczywisty ratuje ich od nas

    rzekł Belzebub.
    -
    Tak było, dopóki jej nie przerobiłem

    odparł z dumą diabeł w pelerynce, uderzając ogonem w
    podłogę.
    -
    Jak ci się to udało?
    -
    Właściwie nie musiałem nic robić. Trochę tylko pomagałem.
    -
    Opowiedz w skrócie
    -
    rozkazał Belzebub.
    Diabeł w pelerynce, spuściwszy głowę, pomilczał chwilę, jak gdyby dla namysłu, następnie nie
    spiesząc się zaczął opowiadać:
    -
    Gdy nadszedł ów straszny czas, że piekło zostało zburzone, a ojca naszego i władcy zabr
    akło między
    nami, udałem się w miejsca, gdzie głoszona była ta właśnie nauka, która o mały włos nie doprowadziła
    nas do całkowitej zguby. Przyszła mi chęć zobaczyć, jak żyją ludzie stosujący się do niej. I ujrzałem,
    że ludzie stosujący tę naukę w życiu, by
    li zupełnie szczęśliwi i dla nas niedostępni. Nie gniewali się na
    siebie, nie ulegali urokowi kobiet i albo nie żenili się, albo mieli tylko jedną żonę, majątku zaś nie
    posiadali wcale, wszystko było uważane za wspólną własność, nie bronili się przed tymi,
    którzy na nich
    napadali, a za złe płacili dobrem. I życie ich było tak dobre, że wciąż więcej i więcej ludzi do nich
    przystawało. Widząc to, pomyślałem sobie, że wszystko stracone i chciałem już odejść. Oto jednak w
    tym czasie zaszedł incydent sam w sobie
    błahy, lecz mnie wydał się interesujący i pozostałem.
    Zdarzyło się bowiem, że wśród tych ludzi jedni byli zdania, iż wszyscy powinni ulegać obrzezaniu i nie
    powinni jeść tego, co zostało złożone w ofierze bogom pogańskim, inni zaś uważali, że takie
    rozgra
    niczenie jest zbyteczne, i że można nie stosować obrzezania i jeść wszystko. Zacząłem więc
    podpowiadać jednej i drugiej stronie, że ta różnica zdań jest różnicą o pierwszorzędnym znaczeniu, i
    że nie można ustąpić, ponieważ chodzi tu o rzecz ważną

    o służe
    nie Bogu. Ludzie uwierzyli mi, a ich
    kłótnie przybrały ostry charakter. Więc i ci i tamci zaczęli gniewać się na siebie wzajemnie, a wtedy ja
    zacząłem im podsuwać myśl, że cudami mogą dowieść prawdziwości swej nauki. Jakkolwiek było
    rzeczą oczywistą, że cu
    da prawdziwości nauki dowieść nie mogą, ludzie zapałali taką żądzą, aby mieć
    rację, że uwierzyli mi, ja zaś urządziłem im cuda. Z urządzeniem cudów trudności nie miałem. Ludzie
    wierzyli we wszystko, co potwierdzało ich chęć posiadania prawdy przez nich jed
    ynie.
    Jedni utrzymywali, że zstąpiły na nich ogniste języki, inni zapewniali, że widzieli samego zmarłego
    nauczyciela i wiele różnych rzeczy; imaginowali to, czego nie było i niepostrzeżenie kłamali nie gorzej
    od nas, w imię tego, który nas kłamcami nazyw
    ał. Jedni o drugich mówili: „Wasze cuda nie są
    prawdziwe”, a tamci odpowiadali: „Nie, to wasze cuda są nieprawdziwe, a nasze prawdziwe”.
    Wszystko szło dobrze, ale obawiałem się, że ludzie mogą rozpoznać zbyt ewidentne oszustwo i wtedy
    wymyśliłem kościół. K
    iedy uwierzyli w kościół, byłem już spokojny: zrozumiałem, żeśmy uratowani, a
    piekło odbudowane.
    ROZDZIAŁ IV
    Cóż to takiego „kościół”?

    zapytał surowo Belzebub, nie chcąc wierzyć, że jego słudzy okazali się
    mądrzejsi od niego.
    -
    Kościół to jest coś tak
    iego, że gdy ludzie kłamią i czują, że im się nie wierzy, wtedy, powołując się na
    Boga, mówią: „Jak Boga kocham, prawdą jest to, co ja mówię”; to właściwie jest kościół, z tą tylko
    osobliwością, że ludzie, którzy uznali się za kościół, nabierają przekonani
    a, że są nieomylni, i dlatego
    nie mogą się już potem wyrzec żadnego, choćby raz tylko wypowiedzianego głupstwa. Tworzy się zaś
    kościół w taki sposób: ludzie wmawiają w siebie i w innych, że nauczyciel ich, Bóg, po to, by
    objawione przez niego ludziom prawo
    nie zostało fałszywie wytłumaczone, wybrał szczególnych ludzi, i
    oni to jedynie, lub ci, na których przeleją tę władzę, mogą dokładnie tłumaczyć jego naukę. Ludzie
    więc, którzy nazywają siebie kościołem, twierdzą, że są w posiadaniu prawdy nie dlatego, że
    to, co
    głoszą jest prawdą, a dlatego, iż uważają siebie za jedynych prawowitych spadkobierców uczniów
    samego nauczyciela

    Boga.
    W manipulacji tej, podobnie jak w cudach, była pewna niedogodność, taka mianowicie, że ludzie
    jednocześnie
    mogli utrzymywać k
    ażdy o sobie, że są członkami jedynego prawdziwego kościoła (działo się to
    zawsze). Nasza wygrana polegała jednak na tym, że skoro raz tylko ludzie powiedzieli: „My stanowimy
    kościół” i na tym zapewnieniu zbudowali naukę, wtedy nie mogli już zrzec się wypo
    wiedzianych przez
    siebie słów, niezależnie od tego, jak wielkim byłyby głupstwem i cokolwiek mówiliby inni ludzie.
    -
    Dlaczego jednak kościół przekręcił naukę na naszą korzyść?

    zapytał Belzebub.
    -
    Powód jest prosty

    ciągnął dalej diabeł w pelerynce
    -
    lud
    zie ci uznawszy się za jedynych tłumaczy
    prawa boskiego i przekonawszy o tym innych ludzi, stali się tym samym panami ich losu i posiedli nad
    nimi władzę zwierzchnią. Posiadłszy zaś tę władzę, naturalnie urośli w pychę i w większości
    przypadków ulegli zeps
    uciu, wskutek czego wzniecili przeciwko sobie oburzenie i gniew ludzki. W celu
    pokonania swych wrogów, nie dysponując innym orężem niż przemocą, zaczęli prześladować,
    skazywać na śmierć i palić na stosie wszystkich, którzy ich władzy nie uznawali. W ten ot
    o sposób
    samo przyjęte stanowisko zmuszało ich do przekręcania nauki tak, aby usprawiedliwiała ich złe życie i
    okrucieństwa, które stosowali wobec swych wrogów.
    ROZDZIAŁ V
    Nauka jednak była tak prosta i zrozumiała, że nie można było jej przekręcić

    upie
    rał się Belzebub,
    nadal nie mogący uwierzyć, że jego słudzy byli sprytniejsi od niego.
    -
    „Postępuj wobec innych tak, jak byś chciał, aby postępowano wobec ciebie”. W jaki sposób można to
    przekręcić?
    -
    Stosując się do mych rad, posługiwano się w tym celu
    różnymi sposobami

    kontynuował diabeł w
    pelerynce.
    -
    Ludzie opowiadają bajkę o tym, jak dobry czarodziej, ratując człowieka od złego
    czarodzieja, zamienił go w ziarnko kaszy jaglanej i jak zły czarodziej, przedzierzgnąwszy się w koguta,
    gotów był już zadzi
    obać owo ziarnko, lecz dobry czarodziej wysypał na ziarnko całą ćwierć tychże
    ziaren. I zły czarodziej nie mógł już ani zjeść wszystkich ziaren, ani znaleźć tego, które zjeść
    zamierzał. To samo, idąc za mą radą, uczynili ci ludzie z nauką tego, który naucz
    ał, że całe prawo
    polega na tym, aby drugiemu czynić to, co chciałbyś, aby i tobie czyniono: ogłosili, że świętym
    wykładem prawa boskiego jest 49 ksiąg i uznali każde słowo w nich zawarte za dzieło Boga

    Ducha
    Świętego. Tak więc wysypali na prostą, zrozum
    iałą prawdę taką kupę rzekomo świętych prawd, że
    stało się niemożliwością przyjąć je wszystkie i znaleźć pośród nich tę, która ludziom jest potrzebna. Na
    tym polega pierwszy sposób. Drugi sposób, którego oni używali z dobrym skutkiem przez więcej niż
    tysią
    c lat, polega na zabijaniu i paleniu wszystkich tych, którzy chcą głosić prawdę. Obecnie sposób
    ten wychodzi z użycia, lecz nie porzucają go całkowicie, bo chociaż już nie palą ludzi próbujących
    ujawnić prawdę, to jednak tak ich szkalują, tak zatruwają im
    życie, że tylko niewielu odważa się ich
    demaskować. Na tym polega drugi sposób. Trzeci zaś sposób polega na tym, że uznając się za kościół,
    a więc za nieomylnych, uczą, gdy im to jest potrzebne, rzeczy wprost sprzecznych z tym, co jest
    powiedziane w Piśmie
    : „Ale wy nie nazywajcie siebie rabbi; albowiem jeden jest nauczyciel wasz, a wy
    wszyscy jesteście bracia. I ojcem nie nazywajcie nikogo na ziemi; albowiem jeden jest ojciec wasz w
    niebiosach”. Oni zaś mówią: „Myśmy ojcami, myśmy nauczycielami waszymi”. Al
    bo powiedziane jest:
    „Ale ty, gdy się będziesz modlić, wejdź do komórki swojej i zamknąwszy ją, módl się do ojca twego w
    ukryciu, a ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie”. Oni zaś nauczają, że trzeba się modlić
    gromadnie, w świątyniach, przy dźwię
    kach muzyki i pieśni. Albo powiedziane jest w Piśmie: „A ja
    powiadam wam, abyście zgoła nie przysięgali”, oni zaś nauczają, że trzeba przysięgać na bezwzględne
    posłuszeństwo władzom, nie bacząc na to, jakie mogłyby być żądania tych władz. Albo powiedziane
    jest: „Nie zabijaj”, oni zaś nauczają, że zabijać można i trzeba na wojnie i z wyroku sądowego

    zakończył diabeł w pelerynce, wywrócił ślepia i roześmiał się, rozwarłszy paszczę po same uszy.
    -
    To bardzo dobrze

    rzekł Belzebub i uśmiechnął się, a wszystkie diabły zawtórowały mu głośnym
    śmiechem.
    -
    Czyż tak jak dawniej są jeszcze rozpustnicy, złodzieje, zabójcy?

    zapytał już wesoło Belzebub.
    Diabły, również rozweselone, zaczęły mówić wszystkie
    razem, chcąc wykazać się przed Belzebubem
    swoją sprawnością.
    -
    Nie tak jak dawniej, lecz więcej niż dawniej

    wrzeszczał jeden z nich.
    -
    Rozpustnicy nie mieszczą się w dawnych oddziałach
    -
    piszczał drugi.
    -
    Złodzieje dzisiejsi gorsi są od dawniejszych

    huknął trzeci.
    -
    Brak nam opału dla zabójców!

    ryczał czwarty.
    -
    Nie mówcie wszyscy razem, niech odpowiadają tylko ci, których zapytam

    rzekł Belzebub.

    Niech
    wystąpi ten, pod którego opieką jest nierząd i niech opowie, w jaki sposób radzi sobie z uc
    zniami tego,
    który zabraniał zmieniać żony i mówił, iż nie należy patrzeć na kobietę z pożądliwością. Kto opiekuje
    się rozpustą?
    -
    Ja

    odpowiedział bury, przypominający kobietę diabeł z nalaną, oślinioną twarzą, z bezustannie
    żującym pyskiem i na pośladk
    ach przyczołgał się do Belzebuba.
    Diabeł ten wysunął się spośród innych, usiadł w kucki, przechylił głowę na bok, i machnąwszy ogonem
    zakończonym miotełką, głosem śpiewnym zaczął mówić:
    -
    Robimy to według starego sposobu, przez ciebie, ojca naszego i wła
    dcę użytego jeszcze w raju, który
    to sposób oddał w naszą władzę cały rodzaj ludzki,

    i według nowego sposobu kościelnego.
    Tak więc przekonujemy ludzi, że prawdziwe małżeństwo polega nie na tym, na czym zasadza się ono
    w swej istocie

    na współżyciu mężcz
    yzny z kobietą

    lecz na tym, żeby odziać się w najszykowniejszą
    nową odzież, pójść do wielkiego, przeznaczonego na ten cel gmachu, oświetlonego świecami,
    przystrojonego dywanami i kwiatami, następnie wobec ciekawej gawiedzi dokonać przysięgi w imię
    tego,
    który nauczał: „A ja wam powiadam, abyście zgoła nie przysięgali”. Wmawiamy w ludzi, że tylko
    ta ceremonia jest właśnie małżeństwem prawdziwym, że po niej ludzie otrzymują specjalną łaskę
    Boga, dzięki której bez żadnego ze swej strony wysiłku nabywają zale
    ty potrzebne do zgodnego
    pożycia i należytego wychowania dzieci

    i że każdy stosunek kobiety z mężczyzną, pomimo tych
    warunków, jest zwykłą, do niczego nie zobowiązującą przyjemnostką lub zadośćuczynieniem potrzebie
    biologicznej, przeto ludzie nie krępują
    c się, oddają się tej przyjemności, krzywoprzysięzców zaś
    manipulacja ta stwarza tylu, iż o ściganiu ich nikt nie myśli, gdyż zabrakłoby więzień dla skazanych za
    krzywoprzysięstwo.
    Podobny do kobiety diabeł o nalanej twarzy, skłonił na bok głowę i zamilkn
    ął, jak gdyby w oczekiwaniu
    działania swych słów na Belzebuba.
    Belzebub kiwnął głową na znak aprobaty, a podobny do kobiety diabeł ciągnął dalej:

    Tymże
    sposobem, nie porzucając dawniejszego, użytego w raju sposobu „zakazanego dla ciekawości owocu”
    -
    wspo
    mniał diabeł, niedwuznacznie próbując przypodobać się Belzebubowi

    osiągamy najlepsze
    rezultaty. Wyobrażając sobie, że mogą zawrzeć uczciwy małżeński związek kościelny po wielu
    kontaktach miłosnych, mężczyźni zmieniają setki kobiet i tak przyzwyczajają si
    ę do rozpusty, że
    czynią to samo i po zawarciu małżeństwa. Jeśli zaś niektóre żądania związane z małżeństwem
    kościelnym wydadzą im się zbyt krępujące, to urządzają ceremonię po raz drugi, a pierwsza ceremonia
    zostaje uznana za nieważną.
    Podobny do kobiety
    diabeł zamilkł, utarłszy końcem ogona ślinę wypełniającą mu usta, przechylił
    głowę na drugą stronę i wlepił milczący wzrok w twarz Belzebuba.
    ROZDZIAŁ VI
    Krótko i zwięźle: aprobuję

    rzekł Belzebub.

    Kto opiekuje się grabieżcami?
    -
    We własnej osobie!

    odpowiedział, wypełzawszy z tłumu, okazały diabeł z długimi, krzywymi
    nogami, z wąsami podkręconymi do góry i ogromnymi łapami, krzywo przystawionymi do tułowia.
    Diabeł ten wysunąwszy się jak jego poprzednicy do przodu, wzorem ludzi
    wojskowych oburącz
    podkręcał wąsy i czekał na pytania.
    -
    Ten, który zburzył piekło

    rzekł Belzebub

    uczył ludzi żyć jak ptaki niebieskie i rozkazywał dawać
    temu, który prosi, a temu, kto chce zabrać suknię, oddawać i płaszcz
    -
    i powiedział, że aby być
    zb
    awionym, trzeba rozdać majątek. W jaki sposób nakłaniacie do grabieży ludzi, którzy o tym słyszeli?
    -
    Postępujemy tak samo, jak nasz ojciec i władca przy obiorze Saula na króla

    odparł wąsaty diabeł,
    w uroczystym geście zarzucając łeb do tyłu.

    Dokładnie
    tak, jak wtedy wmawiamy w ludzi, że zamiast
    przestać się wzajemnie okradać, powinni pozwolić się okradać jednemu człowiekowi, oddawszy mu
    całkowitą władzę nad sobą. I człowiek ów i jego pomocnicy i pomocnicy tych pomocników

    wszyscy
    oni grabią naród nieu
    stannie, spokojnie i bezpiecznie. Zazwyczaj zaprowadzają przy tym takie prawa i
    porządki, przy których mniejszość próżniacza może bezkarnie łupić pracującą większość. Jak więc
    widzisz, ojcze nasz i władco, sposób przez nas stosowany jest w gruncie rzeczy s
    posobem starym.
    Nowe w nim jest tylko to, że uczyniliśmy go bardziej ogólnym, zamaskowanym, rozpowszechnionym w
    czasie i przestrzeni i trwalszym. Bardziej ogólny jest przez to, że dawniej ludzie z własnej woli ulegali
    tym, których wybierali, teraz zaś niez
    ależnie od swej woli ulegają nie tym, których wybierają, lecz
    komu popadnie. Bardziej tajnym sposób ten uczyniliśmy przez to, że teraz, dzięki wprowadzeniu
    podatków, zwłaszcza pośrednich, okradani swych grabieżców nie widzą, a często nawet nie domyślają
    si
    ę samego faktu grabieży. Bardziej rozpowszechnionym w przestrzeni sposób ten stał się przez to, że
    narody tak zwane chrześcijańskie, nie zadowalając się okradaniem swoich, grabią pod rozmaitymi
    dziwnymi pozorami, najczęściej zaś pod pozorem krzewienia chrz
    eścijaństwa, te wszystkie obce
    narody, u których jest coś do zagrabienia. W czasie zaś sposób ten jest bardziej rozpowszechniony niż
    dawniej, dzięki wprowadzeniu pożyczek zaciąganych przez organa samorządu lokalnego i państwa, co
    powoduje, że nie tylko żyj
    ące pokolenia, ale i te, które po nich nastąpią, mogą być okradane już teraz.
    Sposób ten bardziej trwałym uczyniliśmy poprzez to, że główni grabieżcy uważani są za osoby
    nietykalne, więc ludzie, lękając się surowych kar, nie odważą się na opór.
    Pewnego ra
    zu w celach doświadczalnych sadzałem jedna za drugą najpodlejsze baby, głupie i
    nieoświecone i nie mające żadnych praw według panujących u nich przepisów, ostatnią zaś posadziłem
    nie tylko rozpustnicę, lecz i zbrodniarkę, która zamordowała swego męża i pra
    wego następcę tronu. I
    ludzie nie wyrwali jej nozdrzy i nie siekli jej batem, jak to zazwyczaj robili z zabójczyniami, lecz przez
    wiele lat niewolniczo ulegali jej samej i jej kochankom, których miała bez liku, pozwalając im
    pozbawiać ludzi nie tylko mająt
    ku, lecz i wolności osobistej.
    Tak więc w obecnych czasach jawne złodziejstwa, takie jak odebranie przemocą wózka z pieniędzmi,
    konia, odzieży, stanowią zaledwie jedną milionową wszystkich tych grabieży prawnych, popełnianych
    na co dzień przez ludzi mający
    ch odpowiednie możliwości. Obecnie, utajona, bezkarna grabież i w
    ogóle pogotowie złodziejskie zorganizowane jest wśród ludzi do tego stopnia, że stało się to głównym
    celem i przedmiotem gorących pożądań prawie wszystkich i maskowane jest tylko przez walkę
    złodziei
    między sobą.
    ROZDZIAŁ VII
    No cóż, bardzo dobrze

    rzekł Belzebub.

    A zabójstwa? Kto opiekuje się zabójstwami?
    -
    Ja!

    odpowiedział, występując z tłumu czerwony jak krew diabeł z kłami sterczącymi z pyska,
    ostrymi rogami i zadartym do góry nie
    ruchomym ogonem.
    -
    W jaki sposób zmuszasz do zabójstw uczniów tego, który nauczał: „Nie odpowiadaj złem na zło,
    kochaj nieprzyjaciół swoich”? W jaki sposób robisz zabójców z tych ludzi?
    -
    Robimy to według starego sposobu

    odparł czerwony diabeł ogłuszaj
    ącym, bełkotliwym głosem

    wzniecając w ludziach chęć zysku, warcholstwo, nienawiść, mściwość, pychę; stosujemy również starą
    metodę, gdy wmawiamy w nauczycieli, że najlepszy sposób oduczenia ludzi od zabójstw polega na
    tym, żeby sami nauczyciele zabijali
    tych, którzy popełnili zabójstwo. Sposób ten nie tyle daje nam
    gotowych już zabójców, ile przygotowuje ich dla nas. Większą zaś ich liczbę dają nam nowe nauki: o
    nieomylności kościoła, o małżeństwie chrześcijańskim oraz o równości chrześcijańskiej. Nauka o
    nieomylności kościoła dawała nam dawnymi czasy największą liczbę zabójców. Ludzie, którzy uznali
    się za członków nieomylnego kościoła, nabrali przekonania, że zbrodnią byłoby pozwolić fałszywym
    wykładcom nauki gorszyć ludzi, więc ich zabijanie jest sprawą
    miłą Bogu. W taki sposób zabijano całe
    wioski i skazywano na śmierć setki tysięcy ludzi. Śmieszne wydaje się to, że ci, którzy skazywali na
    śmierć i palili ludzi zaczynających rozumieć prawdziwą naukę, uważali tych najniebezpieczniejszych dla
    nas ludzi za
    nasze sługi, tzn. sługi diabłów. Ci zaś, którzy zabijali i palili na stosach i rzeczywiście byli
    naszymi sługami, uważali się za świętych wykonawców woli Boga. Tak było w dawnych czasach; w
    naszych czasach wielką liczbę zabójców stwarza nauka o małżeństwi
    e chrześcijańskim i o równości.
    Nauka o małżeństwie daje nam przede wszystkim zabójstwa wzajemne małżonków, następnie
    dzieciobójstwa popełniane przez matki. Mężowie i żony zabijają się wzajemnie, gdy niektóre żądania
    prawa i zwyczaju małżeństwa kościelnego
    wydają im się zbyt krępujące. Matki zaś zabijają dzieci
    wtedy, gdy związki, z których dzieci powstały, nie są uważane za małżeństwa. Takie zabójstwa
    popełniane są stale. Zabójstwa wywołane przez chrześcijańską naukę o równości dokonywane są
    periodycznie,
    ale za to bardzo masowo. Według nauki tej wmawia się w ludzi, że są równi wobec
    prawa. Ludzie ograbieni czują jednak, że to nieprawda. Widzą, że nie ma równości, gdyż grabieżcy
    mogą grabić bez przeszkód, a im nie wolno, więc buntują się i napadają na swych
    grabieżców. Wtedy
    to zaczynają się morderstwa wzajemne, które dostarczają nam niekiedy dziesiątek tysięcy morderców
    jednocześnie.
    ROZDZIAŁ VIII
    A zabójstwa na wojnie? W jaki sposób doprowadzacie do nich uczniów tego, który uznał ludzi za synów
    jednego o
    jca i kazał kochać nieprzyjaciół?

    zapytał Belzebub.
    Czerwony diabeł wyszczerzył zęby, wypuścił z pyska strumień ognia i dymu, i uderzył się radośnie po
    plecach grubym ogonem.
    -
    Wmawiamy w każdy naród, że jest narodem najlepszym na świecie: „Deutschland uber alles”,
    Francja, Anglia, Rosja „uber alles”, i że naród ten powinien panować nad wszystkimi innymi narodami,
    ponieważ zaś we wszystkie narody wmawiamy to samo, więc węsząc c
    iągle niebezpieczeństwo ze
    strony sąsiadów, narody szykują się stale do obrony i pałają do siebie nienawiścią. Im bardziej zaś
    szykuje się do obrony jedna strona i z tego powodu pała nienawiścią do sąsiadów, tym bardziej
    szykują się do obrony wszystkie poz
    ostałe narody, pałając do siebie wzajemną nienawiścią. Tak oto
    wszyscy ludzie, po przyjęciu nauki tego, który nazywał nas zbójcami, stale zajęci są przygotowaniem
    się do zabijania i zabijaniem.
    ROZDZIAŁ IX
    Tak, to bardzo dowcipne

    rzekł Belzebub po dług
    im milczeniu.

    Ale dlaczego ludzie uczeni,
    zabezpieczeni przed oszustwem, nie spostrzegli tego, że kościół sfałszował naukę i nie przywrócili jej
    pierwotnego znaczenia?
    -
    Uczeni nie mogą tego uczynić

    odpowiedział pewnym tonem, przesuwając się do przodu
    , matowo
    -
    czarny diabeł w doktorskiej todze, z płaskim, spadzistym czołem, z kończynami o zanikłych mięśniach
    i odstającymi, długimi uszami.
    -
    Dlaczego?!

    zapytał surowo Belzebub niezadowolony z pewnego siebie tonu wypowiedzi diabła w
    todze.
    Nie pesząc si
    ę wykrzyknikiem Belzebuba, diabeł w todze siadł z wolna, spokojnie i nie w kucki jak inni,
    lecz na wzór wschodni

    skrzyżowawszy nogi o mięśniach w zamku. Potem zaczął mówić bez
    zająknięcia się, cichym, miarowym głosem:
    -
    Nie mogą tego zrobić dlatego, że
    ja stale odwracam ich uwagę od tego, co mogą i powinni wiedzieć i
    kieruję ją na to, co nie jest im potrzebne i czego nigdy tak naprawdę nie zdołają poznać.
    -
    W jaki sposób to robisz?
    -
    Sposoby są różne, odpowiednio do czasu

    odparł diabeł w todze. Dawnie
    j wmawiałem w ludzi, że
    najważniejszą dla nich rzeczą jest znać szczegóły stosunku wzajemnego pomiędzy osobami Trójcy,
    szczegóły na temat pochodzenia Chrystusa, jego pierwiastka boskiego i ludzkiego, właściwości Boga
    itp.. Ludzie uczeni wiele i rozwlekle d
    yskutowali o tym, kłócili się i gniewali na siebie. A te dysputy tak
    ich absorbowały, że wcale nie myśleli o tym, jak mają żyć, więc nie odczuwali też potrzeby wiedzieć,
    co ich nauczyciel mówił o życiu.
    Potem, gdy już tak zaplątali się w roztrząsaniach, ż
    e sami przestali rozumieć, co mówią, ja wmówiłem
    w jednych, że najważniejszą dla nich sprawą jest zbadać i wyjaśnić wszystko, co napisał człowiek
    imieniem Arystoteles, który żył tysiąc lat temu w Grecji, w innych zaś wmawiałem, że najważniejsze to
    znaleźć
    kamień, za pomocą którego można wytworzyć złoto i taki eliksir, który leczyłby wszystkie
    choroby, a ludzi czynił nieśmiertelnymi. I najmędrsi i najbardziej uczeni pośród ludzi skierowali na te
    sprawy wszystkie swoje siły umysłowe.
    Tym zaś, których to nie
    interesowało, wmówiłem, że najważniejszą sprawą jest wiedzieć, czy Ziemia
    obraca się wokół Słońca, czy też Słońce naokoło Ziemi, a gdy przekonali się, że obraca się Ziemia, a
    nie Słońce i obliczyli, ile milionów mil jest od Słońca do Ziemi, ucieszyli się w
    ielce i od tamtego czasu z
    jeszcze większą gorliwością badają odległość od gwiazd i nie mogą się nadziwić, że liczba gwiazd jest
    nieskończona, choć wiadomość ta jest im zgoła zbyteczna. Oprócz tego, wmówiłem im jeszcze i to, że
    koniecznie powinni wiedzieć,
    w jaki sposób powstały wszystkie zwierzęta, wszystkie robaczki,
    wszystkie rośliny i wszystkie nieskończenie drobne żyjątka. Chociaż i te wiadomości nie są im wcale
    potrzebne i choć jest zupełnie jasne, że nie będą w stanie poznać tych wszystkich szczegółó
    w, gdyż
    różnorodność życia jest nieskończona, to jednak na te i podobne badania zjawisk świata materii ludzie
    kierują wszystkie swe zasoby umysłowe i bardzo się dziwią, że im więcej poznają rzeczy, których
    znajomość nie jest im pilnie potrzebna, tym więcej
    wyłania się rzeczy jeszcze nie poznanych.
    I chociaż jest oczywiste, że w miarę rozwoju tych badań, obszar tego, co pozostaje do zbadania,
    rozszerza się, a przedmioty badania stają się coraz bardziej zawiłe i same zdobywane wiadomości
    znajdują coraz mniej
    zastosowania w życiu, to jednak okoliczność ta wcale nie zbija ich z tropu i ludzie
    ci, przekonani w zupełności o wadze swych badań badają, głoszą, piszą i drukują, tłumaczą z jednego
    języka na drugi wyniki swych w większości do niczego niezdatnych badań i
    roztrząsań, a jeżeli i
    czasami zdatnych, to tylko na pociechę bogatej mniejszości lub na pogorszenie położenia większości
    niezamożnej.
    Po to zaś, aby już nigdy nie domyślili się, że jedyną ich rzeczywistą potrzebą jest ugruntowanie praw
    życiowych, wskaza
    nych w nauce Chrystusa, wmawiam w nich, że nie mogą znać praw życia
    duchowego i że każda nauka religijna, nie wyłączając nauki Chrystusa, jest to stek błędów i
    zabobonów, i że wiedzę o tym, jak trzeba żyć zdobyć mogą dzięki nauce zwanej socjologią,
    polegaj
    ącej na badaniu tego, w jak zły sposób ludzie żyli dawniej. Tak więc zamiast starać się żyć
    lepiej według nauki Chrystusa, myślą, że wystarczy zbadać życie dawnych ludzi, wyprowadzić z tych
    badań ogólne prawa życiowe i by żyć lepiej, stosować się tylko do
    tych wymyślonych praw.
    Po to zaś, aby jeszcze bardziej utwierdzić ich w błędzie, wmawiam w nich, że istnieje pewien system
    wiedzy zwany nauką i że założenia tej nauki są niepodważalne.
    Skoro zaś ci, którzy uważani są za działaczy nauki, nabiorą przekonani
    a o swej nieomylności, wówczas
    ogłaszają jako niewątpliwe prawdy, różne zbyteczne i często oczywiste głupstwa, których wyrzec się
    już nie mogą, gdy raz je wygłosili.
    Na tej oto podstawie twierdzę, że dopóki będę wmawiał w nich cześć i służebność wobec nau
    ki, którą
    dla nich wymyśliłem, nigdy nie zrozumieją tej nauki, która o włos nie doprowadziła nas do zguby.
    ROZDZIAŁ X
    Bardzo dobrze! Dziękuję

    rzekł Belzebub i twarz jego rozjaśniła się.
    -
    Zasłużyliście na nagrodę i wynagrodzę was według zasług.
    -
    A o nas panie zapomniałeś!

    krzyknęła wielkim głosem zgraja diabłów różnokolorowych, małych,
    dużych, grubych, chudych i o krzywych nogach.
    -
    A jakaż wasza profesja?

    zapytał Belzebub.
    -
    Ja jestem diabłem ulepszeń technicznych!
    -
    Ja

    podziału prac
    y!
    -
    Ja

    dróg i komunikacji!
    -
    Ja

    sztuki drukarskiej!
    -
    Ja

    sztuk pięknych!
    -
    Ja

    medycyny!
    -
    Ja

    kultury!
    -
    Ja

    wychowania!
    -
    Ja

    poprawy ludzi!
    -
    Ja

    odurzania się!
    -
    Ja

    filantropii!
    -
    Ja

    socjalizmu!
    -
    Ja

    feminizmu!

    przekrzykiwały się wzajemnie, cisnąc się przed oblicze Belzebuba.
    -
    Mówcie pojedynczo i nierozwlekle!

    krzyknął Belzebub

    Czym ty się zajmujesz?

    zwrócił się
    najpierw do diabła ulepszeń technicznych.
    -
    Wmawiam w ludzi, że im więc
    ej rzeczy będą wytwarzać i im szybciej będą to robić, tym będą
    szczęśliwsi. I ludzie marnując życie na produkowanie rzeczy, wytwarzają ich coraz więcej, nie bacząc
    na to, że rzeczy te ani nie są potrzebne zmuszającym do ich produkowania, ani dostępne dla t
    ych,
    którzy je produkują.
    -
    Dobrze! A ty?

    zapytał Belzebub diabła podziału pracy.
    -
    Ja wmawiam w ludzi, że skoro przedmioty wytwarzać można szybciej za pomocą maszyn niż ręcznie,
    więc trzeba ludzi przekształcić w maszyny; i to właśnie się robi, a lud
    zie przekształceni w maszyny,
    nienawidzą tych, którzy to z nimi zrobili.
    -
    I to dobrze! Jak u ciebie?

    rzekł Belzebub, zwracając się do diabła dróg i komunikacji.
    -
    Ja wmawiam w ludzi, że zachodzi potrzeba możliwie najszybszego przemieszczania się z mi
    ejsca na
    miejsce. I ludzie, zamiast ulepszać swe życie każdy na swoim miejscu, spędzają większą jego część w
    przejazdach. Są bardzo dumni z tego, że w ciągu godziny mogą przejechać 50 wiorst i więcej.
    Belzebub pochwalił i tego diabła. Wysunął się z tłumu d
    iabeł sztuki drukarskiej. Jego praca, jak
    objaśnił, polega na tym, aby jak największej liczbie ludzi zakomunikować wszystkie te paskudztwa i
    głupstwa, które dzieją się i piszą na świecie. Diabeł sztuk pięknych objaśnił, że pod pozorem
    pocieszenia i wzbudze
    nia u ludzi wzniosłych uczuć, pobłaża ich nałogom, przedstawiając je w ponętnej
    i atrakcyjnej postaci. Diabeł medycyny wyjaśnił, że wmawia w ludzi, iż najważniejszą dla nich sprawą
    jest troska o ciało; ponieważ zaś troska o ciało nie ma końca, więc ludzie
    troszczący się o swe ciało z
    pomocą medycyny, zapominają nie tylko o życiu innych ludzi, ale i o swoim własnym. Diabeł od
    kultury opisał jak wmawia w ludzi, że korzystanie z tych wszystkich przedmiotów, którymi opiekują się
    diabły ulepszeń technicznych, po
    działu pracy, dróg i komunikacji, sztuki drukarskiej, sztuk pięknych,
    medycyny

    stanowi coś w rodzaju cnoty, i że człowiek korzystający z tego wszystkiego może być
    zupełnie zadowolony z siebie i nie musi starać się być lepszym. Diabeł wychowania wyjaśnił
    jak to
    wmawia w ludzi, że mogą, żyjąc źle i nawet nie wiedząc na czym polega istota dobrego życia, uczyć
    dzieci dobrego życia. Diabeł poprawy ludzi opowiedział, jak przekonuje ludzi, że mogą poprawiać
    innych, nie wyzbywając się uprzednio swych złych przyzw
    yczajeń. Diabeł odurzania się chwalił się, że
    naucza ludzi, iż wygodniej jest szukać zapomnienia przez odurzanie się winem, opium, morfiną,
    tytoniem, niż uwolnić się od cierpień spowodowanych złym życiem przez poprawę tego życia. Diabeł
    filantropii powiedz
    iał, że wmawia ludziom, iż są dobroczynni, grabiąc na pudy i oddając ograbionym na
    łuty. Dzięki temu nie odczuwają potrzeby doskonalenia się, stają się niedostępni dla dobra. Diabeł
    socjalizmu chwalił się, że w imię najdoskonalszej organizacji społeczeństw
    a ludzkiego, wznieca
    nienawiść klasową.
    Diabeł feminizmu dodał, że dla jeszcze większego udoskonalenia organizacji życia, oprócz nienawiści
    klasowej, wznieca jeszcze nienawiść pomiędzy ludźmi odmiennej płci.
    -
    Jestem komfort!
    -
    A ja moda!
    -
    wrzeszczały jeszcze inne diabły, pełznąc ku Belzebubowi.
    -
    Czy myślicie, żem stary i głupi i nie rozumiem, że wszystko, co mogłoby być dla nas szkodliwe, staje
    się pożyteczne, gdy nauka o życiu jest błędna

    wykrzyknął Belzebub i głośno roześmiał się.
    -
    Dosyć! Dziękuję wszystkim!

    i zatrzepotawszy skrzydłami, wstał. Diabły otoczyły go kołem. Na
    jednym końcu łańcucha był diabeł w pelerynce, na drugim diabeł w todze. Obaj podali sobie łapy i koło
    zostało zamknięte. Diabły śmiejąc się, krzycząc, gwiżdżą
    c i wymachując nogami, rozpoczęły taniec
  • @jan 23:28:12
    Po tych enuncjacjach, tak z ciekawości: jak określa Pan cel swojego życia?
    jest pan w stanie wyartykułować?

    Bo o diabłach to ja też potrafię coś napisać.

OSTATNIE POSTY

więcej

ARCHIWUM POSTÓW

PnWtŚrCzPtSoNd
      1
2345678
9101112131415
16171819202122
23242526272829
3031